Rano:
Z trzy łyżeczki serka śmietankowego, był tak niedobry, że aż mi się jeść odechciało, więc wzięłam i zjadłam 4 rzodkiewki. (razem ok. 35kcal)
Drugie śniadanie:
Miało być jabłko, ale wróciłam do domu taka padnięta (tak, tak dużo ruchu! :D), że zjadłam trochę zupy (80kcal)
Obiad:
Tak tu ból... Spaghetti... Makaron... do tego sos (mało wzięłam)... razem nie mam pojęcia ile... Ale tak z 500 kcal? Sosu nie brałam prawie wcale, tyle tylko, żeby jakiś smak był...
"Przyjaciółka" jak do mnie przyszła i mówiłam jej, że dziś zamierzam zjeść spaghetti, powiedziała mi, że jutro na wadze zobaczę 68kg... Załamka...
Podwieczorek:
Kawa 80 kcal. (Dziękuję za pomysł ze słodzikiem! W czwartek zakupię :))
Nie zjadłam kolacji... wyrzuty sumienia mi nie pozwoliły.
Razem
Mam nadzieję, że dobrze obliczyłam, bo dziś czuję, że nawaliłam, a kalorycznie nie wychodzi tak źle... Albo tylko tak mi się wydaje :D Mam wątpliwości co do spaghetti... Żałuję, że je zjadłam, ale wiem, że jakbym nie zjadła jego na obiad to zjadłabym je wieczorem... chodziłoby za mną... więc lepiej chyba teraz? Zaraz po zjedzeniu poszłam się przejść, wieczorem planuję brzuszki...
Dodatkowo jak już pisałam, rano ze 3 godziny spaceru, plus wieczorem spacer z psem.
Dziś rano na wadze 65 kg, teraz się boję, żeby nie zaprzepaścić tego, przez to spaghetti... powtarzam sobie, że zjadłam tego mało, a całe życie warzyw jeść nie będę...
Druga sprawa- na razie gubię ładnie kilogramy, mam nadzieję, że się nie poddam, jak będą spadały wolniej...
Myślę, że dużo mi daje ostatni posiłek o 18... Piękne uczucie burczącego brzucha! :))) Chociaż nie powiem żeby było łatwo... Kryzys o tej 20-21 jest... :D Ale wtedy robię sobie herbatę i jest lepiej. :) Czasem też wtedy robię brzuszki, ale fajne uczucie! :)))
****************************************************************
Przeczytałam książkę pt. "Spektrum", jakoś mi smutno...
Brat mi ciągle gada o jakiś frytkach i chipsach żeby zrobić mi na złość...
"Przyjaciółka" mi dowala...
"Życie jest piękne..." ;/