wtorek, 30 kwietnia 2013

Dziś było już trochę gorzej, albo tak sobie tylko wmawiam, bo zjadłam coś innego niz warzywa...

Rano:
Z trzy łyżeczki serka śmietankowego, był tak niedobry, że aż mi się jeść odechciało, więc wzięłam i zjadłam 4 rzodkiewki. (razem ok. 35kcal)

Drugie śniadanie:
Miało być jabłko, ale wróciłam do domu taka padnięta (tak, tak dużo ruchu! :D), że zjadłam trochę zupy (80kcal)

Obiad:
Tak tu ból... Spaghetti... Makaron... do tego sos (mało wzięłam)... razem nie mam pojęcia ile... Ale tak z 500 kcal? Sosu nie brałam prawie wcale, tyle tylko, żeby jakiś smak był...
"Przyjaciółka" jak do mnie przyszła i mówiłam jej, że dziś zamierzam zjeść spaghetti, powiedziała mi, że jutro na wadze zobaczę 68kg... Załamka...

Podwieczorek:
Kawa 80 kcal.  (Dziękuję za pomysł ze słodzikiem! W czwartek zakupię :))

Kolacja: (o 18.00 i obiecuję, nie tknę nic więcej, za to pieprzone spaghetti!!!!)
1 kromka pieczywa "chrupkiego", (25 kcal) z pomidorem i ogórkiem świeżym. (Razem  30 kcal)
Jabłko 36 kcal.
Nie zjadłam kolacji... wyrzuty sumienia mi nie pozwoliły.
Razem: 731 kcal.   695 kcal.

Mam nadzieję, że dobrze obliczyłam, bo dziś czuję, że nawaliłam, a kalorycznie nie wychodzi tak źle... Albo tylko tak mi się wydaje :D Mam wątpliwości co do spaghetti... Żałuję, że je zjadłam, ale wiem, że jakbym nie zjadła jego na obiad to zjadłabym je wieczorem... chodziłoby za mną... więc lepiej chyba teraz? Zaraz po zjedzeniu poszłam się przejść, wieczorem planuję brzuszki...
Dodatkowo jak już pisałam, rano ze 3 godziny spaceru, plus wieczorem spacer z psem.
Dziś rano na wadze 65 kg, teraz się boję, żeby nie zaprzepaścić tego, przez to spaghetti... powtarzam sobie, że zjadłam tego mało, a całe życie warzyw jeść nie będę...
Druga sprawa- na razie gubię ładnie kilogramy, mam nadzieję, że się nie poddam, jak będą spadały wolniej... 
Myślę, że dużo mi daje ostatni posiłek o 18... Piękne uczucie burczącego brzucha! :))) Chociaż nie powiem żeby było łatwo... Kryzys o tej 20-21 jest... :D Ale wtedy robię sobie herbatę i jest lepiej. :) Czasem też wtedy robię brzuszki, ale fajne uczucie! :)))
 ****************************************************************
Przeczytałam książkę pt. "Spektrum", jakoś mi smutno...
Brat mi ciągle gada o jakiś frytkach i chipsach żeby zrobić mi na złość...
"Przyjaciółka" mi dowala...


"Życie jest piękne..." ;/

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Hej. :)
Dziś zjadłam:

Na śniadanie: (10.00)
- dwie parówki (2x 170kcal= 340 kcal)
- kawałeczek ogórka świeżego (nie wiem ile kcal, ale 180g ma 23, to ten mój max 10 kcal miał :D)
- dwie rzodkiewki (4 kcal)

Godzina 12.00
Nie było mnie w domu- spalałam parówki. :D :D Ale po powrocie wypiłam kawę (niestety z cukrem, dlatego już nic nie jadłam, zresztą nie byłam głodna), nie wiem ile ma kawa z cukrem i odrobiną mleka, ale znalazłam, że 80 kcal. (jedna łyżeczka cukru ma 40 kcal, ja słodzę 1,5 płaskiej łyżeczki, albo jedną taką większą...)

Godzina 15.00 (małe opóźnienie :D)
kawałeczek białego mięsa z kurczaka (z rożna) jakieś 200 kcal. (normalnie nie jadam mięsa, tylko od czasu do czasu pierś z kurczaka)


Godzina 18.00
-3 kawałki "chlebka" (3x 27 kcal= 81 kcal) z pomidorem (połowa małego więc 15 kcal)
-pomarańcz 106 kcal.(nie miałam pojęcia, że pomarańcz ma aż tyle kalorii O_o

Razem : 836 kcal.

Tak się zastanawiam, czemu jak czytam niektóre blogi to dziewczyny nie liczą warzyw i owoców do bilansu? Mi głównie to nabija kalorie...

Dodatkowo było dużo ruchu, biegu (deszcz zaczął padać :D), sprzątanie i skakanka... :)
Zaraz uciekam na spacer z psem, czuję się świetnie! :)

Co prawda jeszcze wieczór przede mną, ale nie przewiduję niespodzianek :)

P.S Dziś rano na wadze 66kg. Jeszcze jeden i dojdę do mojej wyjściowej :) A potem spróbuję zawalczyć o marzenia! :) Czuję, że z Wami może mi się udać. :)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Hej. :)
Dziś humor znacznie lepszy. :)
Po przeliczeniu kalorii z całego dnia wyszło mi, że "pochłonęłam" niecałe (!!!) 900kcal.
Dla mnie to na prawdę sukces :)))
Dodatkowo sporo ruchu, więc chyba nie jest źle?
Teraz jestem pozytywnie nastawiona i zaczynam wierzyć, że może jednak do czegoś się nadaje :))
Jedzenie posiłków o wyznaczonych godzinach dużo mi daje, jak mam kryzys, to wiem, że za te parenaście minut coś będę mogła zjeść... Bardzo pomaga. :) Wcześniej po prostu nie jadłam jak najdłużej, a potem pochłaniałam duże ilości... Zdecydowanie to nie było to.

I wiecie?
To dzięki Wam! Dzięki waszemu wsparciu.
DZIĘKUJĘ!!! :)

P.S Ile kalorii ma jedno jajko gotowane na twardo?
Dziś szukałam na różnych stronach i się przeraziłam jak zobaczyłam, że 155kcal!!! Faktycznie tyle?

Trzymajcie się! Powodzenia jutro :*

P.S Jeśli nie mam Was w linkach napiszcie proszę adres swojego bloga. :)
Macie ze wszystkim rację...
W zasadzie to właśnie nie mam nikogo, z kim mogę pogadać. Owszem mam brata, ale on ma swoje życie, zakochany w dziewczynie, poza którą świata nie widzi... Ojciec zostawił nas jak miałam 4lata... Mieszkałam z ojczymem, ale on też odbudował swoje życie, znalazł nową kobietę. Przyjaciółki mam wspaniałe, ale zdecydowanie nie zamierzam nic mówić. Mam wrażenie, że im ludzie mniej o mnie wiedzą, tym lepiej. Zresztą, ja bardzo nie lubię wychodzić z domu, wolę być sama, nie lubię jak ludzie na mnie patrzą, jak coś do mnie mówią... Jak chcą żebym nawiązała jakiś dialog. Są wyjątki. Potrafię się rozkręcić, gadać bez opamiętania jak nawiedzona... Śmiać się, wybuchać śmiechem... Ale nie jest to częste.
Dlatego pomysł na tego bloga.

****************
Dziś postanowiłam zjeść 4 lekkie posiłki. Jeden za mną. Następny o 12, potem o 14,16,18.
Uda się, nie ma wyjścia...
Słońce wyszło, więc może rower, rolki?
Zobaczymy.
Dziękuję za wszystko.

EDIT://
ZAPOMNIAŁAM! Dziś rano na wadze 66,5 :D Zawsze lepsze to niż 68... :)

sobota, 27 kwietnia 2013

Przeczytałam Wasze komentarze (nie spodziewałam się nawet jednego, więc za każdego dziękuję podwójnie). Są dla mnie wiarą i motywacją.
Jedna z Was napisala, czy nie warto zasięgnąć pomocy, bo problem zazwyczaj w czymś tkwi... Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że mam problem. Kompletnie nie radzę sobie z życiem. Wszystko zaczęło się od tego, jak zmarła mi Mama. Wiem... pewnie często Was wkurza, ale zapewne kochacie ją nad życie... U mnie było tak samo! Wkurzała mnie, nie raz miałam dość i jej strasznie pyskowałam, buntowałam się... Ale gdy odeszła, na moich rękach... nie mogłam powstrzymać łez... Życzę Wam abyście nigdy nie musiały wybierać trumny dla własnej Mamy... najważniejszej osoby w życiu- u mnie tak było...
Potem posunęła się lawina... Od zawsze było tak, że stresowałam się byle czym... Zwykły sygnał w oczekiwaniu na odebranie telefonu sprawia, że serce mi łomocze... Boję sie prawie wszystkiego...
Na codzień jestem normalną osobą, która wśród przyjaciółek chodzi i się śmieje... Przestałam już mówić o czymkolwiek... Zawsze jak miałam "doła" mówiły "Pewnie okres Ci się zbliża", "Nikt nie mówił, że będzie  łatwo...". To mi nie pomagało... Jeszcze bardziej dołowało...
Potem zaczęła się przygoda z żyletką... Nie cięłam się tak, żeby się zabić... Nie potrafiłam... Ale widok krwi bardzo mnie uspakajał... Uspokaja. Zdarzało się też robienie ogromnych siniaków... celowo... Ale potem był tylko wstyd, chodzenie w swetrach, zakładanie bransoletek, tak aby nikt nie zauważył... Taki głupi sposób na odreagowanie...
Czułam, a w zasadzie czuję nadal, że do niczego się nie nadaje, ciągłe cierpienie! Co kopnę się porządnie w dupę i jakoś zbiorę, to po krótkim czasie wpadam w tak okropnego i głębokiego doła...
Tak... teraz też tak mam..
Było dobrze, do 18...
Śniadanie:
-ogórek świeży (połówka)
-kawa
Drugie śniadanie:
-parówka drobiowa
Obiad:
-Jeden ziemniak z koperkiem
-mizeria z ogórków świeżych (były oblane śmietaną, którą odlałam, ale trochę jej było na tym ogórku...)
I najlepsze...
Kolacja...
Idę do kuchni zadowolona, że dotrwałam, jest 17.50, to akurat chwilę po 18 zjem ostatni posiłek...
Otwieram lodówkę i co?! Chcę zjeść wszystko! Teraz! Jajecznicę, kanapkę, karmel który czeka w lodówce i mnie woła! naleśniki! WSZYSTKO! TERAZ, zaraz NATYCHMIAST!
Grzecznie robię sobie trzy kawałki chleba pszenno-żytniego... Małe kawałki, więc trzy... kładę pomidorka i parówkę (dostawa parówek do domu była. :P)
Zjadam...
Idę umyć talerzyk. Jest dobrze... odkładam talerzyk i co?! Jeden cukierek, drugi cukierek, trzeci... i połowa marsa!
Nie nawidzę siebie!!!
Nie znoszę!
Nawet do tego się nie nadaje, wszystko ze mną wygrywa, bo ta pieprzona "silna" wola u mnie nie istnieje!
Teraz jest mi nie dobrze... Chciałam to zwrócić.. poszłam do łazienki... Wrócił brat...
Już nic nie mogę... Nic.
Jestem beznadziejna i nigdy mi się nie uda... A nie potrafię się pogodzić z kolejną porażką i tymi 68... To za dużo, stanowczo za dużo!!!!!!!
;(
Jestem beznadziejna....
Zawsze ważyłam te 65kg... po cichu marzyłam o 55... Gdy na wadze wybiło 69, postanowiłam, że się nie poddam.
I tak trwa to od 18 kwietnia... Z początku było dobrze, spadło do 65,5 (teraz wymarzona waga, a przez wiele lat taka oczywista... :( )
Dziś rano, na czczo wchodzę na wagę z nadzieją... Co widzę? :( 68!!!!
No jak?! Dlaczego?
Nie mam już sił... Mam nadzieję, że dziś uda mi się nie jeść, przynajmniej nie dużo. Na śniadanie nie chciałam jeść niczego, ale przeczytałam, że jak się zje, to organizm pobudza się do trawienia... więc zjadłam połowę ogórka świeżego i popijam kawę...
Trzymajcie kciuki by dziś się udało...

piątek, 26 kwietnia 2013

Jestem M.
Na tym blogu będę opisywała moją żmudną walkę ze zbędnymi kilogramami i z... życiem.
Wszystko zaczęło się, gdy zmarła mi Mama, najważniejsza osoba w moim życiu. Minęły trzy lata, a ja ciągle mam wrażenie, że było to wczoraj.
Cierpiałam... cierpię nadal.
Robiłam i... robię różne głupie rzeczy...
Jeśli będziecie chcieli mnie poznać, zapraszam.

Bloga założyłam, żeby poszukać wsparcia, takiego internetowego...

Po zimie, świętach stanęłam na wadze i ujrzałam 69kg. Załamałam się BARDZO i od tej pory codziennie się kontroluję. Ćwiczę, jem mniej, znacznie mniej... czasem przesadzam w jedną,albo drugą stronę...
Chciałabym dojść do 55kg.
Obecnie jest 66...

Trzymajcie kciuki.